Wyprawom fotograficznym często towarzyszą ciekawe przygody, które potem wspominamy w gronie znajomych. Niekiedy są one straszne, niebezpieczne, jak również mogą być śmieszne i zaskakujące.

Każdy z nas posiada jakiś opracowany schemat, dzięki któremu łatwiej jest się zmobilizować, przygotować i wyruszyć w wcześniej zaplanowane miejsce bez męczących powrotów sprzed domu, bo zapomniało mi się tego, tamtego i jeszcze tego. Mianowicie – co? jak? i gdzie?

Począwszy od porannej bądź popołudniowej kawy, skończywszy na publikacji fotografii, które chcemy pokazać szerszemu gronu. Zawsze starannie dobieramy miejsca zaplanowanych fotograficznych wypraw. Po zapoznaniu się z tematem, który chcemy udokumentować zasięgamy porad u kolegów, znajomych czy też w internecie. Kupujemy odpowiedni sprzęt, budujemy tzw. czatownie, namioty. Spędzamy w tych zamaskowanych w chaszczach miejscach wiele godzin z nieopuszczającą nas nadzieją, że wszystko zrobiliśmy tak jak być powinno.

szczescie-01

Czy tak jest naprawdę? Wiedza i sprzęt zapewne pomagają, ale ile w tym wszystkim jest szczęścia? Sam często się nad tym zastanawiam. Każdy z nas miał w życiu sytuacje, podczas których nasze oczy spostrzegły coś pięknego, niespotykanego i akurat wtedy nie mieliśmy przy sobie aparatu, a zoom w naszym wbudowanym w telefon aparacie nie był wystarczający. Obraz ten pozostaje w naszej pamięci, ale nie zawsze na tyle ile byśmy chcieli. Nie podzielimy się nim z innymi i pozostaje pluć sobie w brodę. Niemniej jednak jest w tym jakiś urok, ale też pozostający na dnie serca żal, że tak piękny widok przeminął i nie ma co liczyć na double’a.

Czasem postanawiamy sobie siedząc w fotelu przy kawie i ciastku, że wybierzemy się na zdjęcia. Zmobilizowani do działania ruszamy w drogę, nienastawieni na cokolwiek i wtedy popełniamy najpiękniejsze zdjęcia. Czy tak nie jest? Pewnie, że jest!

szczescie-03

Zastanawiam się czasem czy można zmierzyć i poznać wpływ szczęścia na efekty, które udaje nam się uzyskać? Pytanie to pozostawiam bez odpowiedzi.
Tymczasem opowiem Wam, jak jedna z takich nieplanowanych z dużym wyprzedzeniem przygód zaowocowała satysfakcjonującymi mnie zdjęciami zająca w trawie.
W lipcu, kolega zaprosił mnie na golfa, co by miło spędzić sobotni dzień. Zaproszenie z chęcią przyjąłem. Pojechaliśmy wcześnie rano pograć. Ja jak stary zwyczaj nakazuje zabrałem ze sobą wierne mi body i szkło 70-200. Pomyślałem, że do zabawy powinno wystarczyć. Zaczęliśmy grać i przy 2 dołku zobaczyłem, że coś przemieszcza się po trawie pomiędzy ścieżkami. Dalsza gra odeszła na drugi plan. Zabrałem aparat i pełen ciekawości pobiegłem w stronę obranego i ruchomego celu. Po chwili byłem już dość blisko, tzn. mogłem już ocenić, że przemieszczający się spory punkt to nie kto inny jak zając. Przez głowę przebiegła mi myśl, że szkoda mojego zachodu, bo w końcu i tak ucieknie. Szybko ją przegoniłem i stwierdziłem, że nie dam za wygraną i spróbuję. Ostrożnie i “na paluszkach” podchodziłem do szaraka, który wbrew moich obaw nie uciekał. Pozwolił mi podejść naprawdę blisko. Obszedłem go, by mieć zarys w kontrze czyli pod słońce i zacząłem uwieczniać go na zdjęciach. Ot w tak miłych i niespodziewanych okolicznościach powstało kilka ciekawych fotografii zająca, zająca Poziomki.

szczescie-04

Po wszystkim odwiedzałem parokrotnie tamto miejsce z całym sprzętem i nadzieją, że znów spotkam niepłochliwego szaraka. Nigdy nasze spotkanie się nie powtórzyło, a szkoda… To właśnie była jedna z tych sytuacji, gdzie szczęście zrobiło wszystko, a ja… nie zapomniałem zabrać aparatu. Jak ważne i istotne w fotografii jest szczęście wszyscy wiemy. Natomiast jeśli miałbym ocenić jego ogrom i to jak wiele mu zawdzięczam to nie potrafię tego stwierdzić.

Na sam koniec- pamiętajcie o aparacie i jeśli tylko możecie to sprawcie, żeby stał się on Waszym wiernym przyjacielem. Życzę Wam szczęścia w fotografii, bo to nieznana moc.