Z Janem Hausbrandtem rozmawia Weronika Kwiatkowska

Spotykamy się przy okazji wystawy zatytułowanej Poland as it was. 1974- 1984, którą 10 kwietnia otworzyłeś w The Polish Institute of Arts and Sciences of America. Skąd pomysł, by przypomnieć Polskę w czasach PRL-u? 

Od Hanny Kelker, dyrektor Instytutu otrzymałem propozycję, z której chętnie skorzystałem. Wystawa nie ma jednak związku z żadną rocznicą. I choć minęło trzydzieści lat od zniesienia stanu wojennego, nie było to myślą przewodnią. Chciałem pokazać Polskę z lat 70-tych. Historię, która przeminęła.

jan hausbrandt_fot W Kwiatkowska

Sytuacje, które nigdy już się nie powtórzą, ze względu na komizm przypisany tamtej rzeczywistości. Większość prac nie była nigdzie pokazywana. Pomyślałem, że czas to zmienić.

fot. Weronika Kwiatkowska

Fotografie, w większości obnażające absurdy życia w komunistycznej Polsce, ogląda się dzisiaj trochę jak kadry z filmów Barei. Czy właśnie tak są przyjmowane przez publiczność?

Zwykle tak, choć przy okazji tej wystawy spotkałem się również z zarzutem, że takie „obśmiewanie Polski” jest dalece naganne. Dwie starsze panie zarzuciły mi, że pokazuję ojczyznę w złym świetle. Co sobie o nas Amerykanie pomyślą, że jesteśmy jakimś zacofanym krajem- pytały. Nie bardzo wiedziałem, jak się do tego odnieść. To nie jest krytyka Polski. Podobne zdjęcia mogłyby powstać w zasadzie gdziekolwiek indziej. Z mojego archiwum w pięć minut mógłbym złożyć równie zabawną wystawę pokazującą sceny nowojorskie, bo to miasto jest jeszcze bardziej najeżone niecodziennymi sytuacjami. Ktoś, kto tego nie rozumie, nie rozumie istoty tzw. fotografii migawkowej, która polega na wyłapywaniu momentów niezwykłych; sytuacji krytycznych, dramatycznych, burleskowych, które spiętrzają ekspresję i emocję w jednym kadrze. Jeśli w ogóle mówić o krytyce, to raczej systemu, w którym Polakom przyszło żyć. I w którym wszyscy musieliśmy sobie jakoś dawać radę.

Twoje zdjęcia przypominają dobrze skomponowane haiku. Na niewielkiej przestrzeni potrafisz zmieścić całą opowieść, pełną emocji historię.

Jednym z moich mistrzów był Henri Cartier-Bresson, który napisał zresztą wspaniałą książkę pt. The Decisive Moment. Wyjaśnia w niej, na czym polega istota fotografii migawkowej. Że trzeba złapać ten jeden, jedyny moment, bo przedtem i potem nie ma nic. To jak uderzenie w punkt. Bresson był jednym z nestorów fotografii dokumentalnej, ale nie zajmował się fotografią stricte prasową, lecz tzw. fotożurnalizmem, w którym nacisk kładzie się nie tyle na informację, co na pewną atmosferę, by ukazać psychologię fotografowanego zjawiska.

Odkąd pamiętam, w fotografii najbardziej fascynował mnie portret. Kolekcja niesamowitych twarzy, którą udało Ci się zgromadzić, jest imponująca. Pokazujesz ludzi starych, chorych, pobrużdżonych. Pięknych i odrażających. Zaglądasz im w dusze. Zastanawiam się tylko, w jaki sposób powstawały te przejmujące fotografie. W tamtych czasach przecież profesjonalny sprzęt wzbudzał zainteresowanie, a jednak udawało Ci się nie spłoszyć „obiektu”, ocalić wyjątkowość chwili.

To jest pytanie o tajniki fotografii tzw. podchwyconej, złapanej, kiedy nie można rozstawić statywu i zaplanować zdjęcia. Taki rodzaj fotografowania wymaga pewnej praktyki i doświadczenia. Przede wszystkim polega na chodzeniu. Przemierzaniu kilometrów. Można powiedzieć, że taką fotografię robi się nie rękoma, ale nogami. Druga sprawa, to noszenie aparatu na szyi przez niemalże dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pamiętam, że wtedy nigdzie nie ruszałem się bez niego. Idąc na obiad, na piwo czy nawet kładąc się do łóżka, aparat zawsze miałem pod ręką. To dawało możliwość zrobienia zdjęcia w każdej okoliczności.

Jeśli zaś chodzi o fotografowanie ludzi, to najważniejsze jest oswojenie ich z aparatem; stworzenie takiej atmosfery, by potencjalny obiekt nie zwracał na niego uwagi, nie dostrzegał wycelowanego w siebie obiektywu. Oczywiście, zdarzało się, że ktoś, kto zauważył, że robię mu zdjęcie, reagował agresją. Wtedy starałem się rozproszyć moment, powiedzieć coś, co go rozbroi. To trochę podobnie, jak z podrywaniem dziewcząt. Mężczyźni czasem nie zdają sobie sprawy, że właściwie bardzo łatwo jest wejść z dziewczyną w bliski, dobry kontakt. Trzeba tylko sprawić, żeby się uśmiechnęła.

xktbxnb

A propos dziewczyn, pewnie, jak większość fotografów podrywałeś je „na aparat”?

Może się zdziwisz, ale nie. Naprawdę. Wielu moich kolegów owszem, mówiło „chodź, zrobię ci zdjęcie” i tym sposobem miało łatwy dostęp do płci przeciwnej, ha ha. Ale ja nigdy tak nie postępowałem. Zawsze miałem bardzo dobry kontakt z dziewczynami. Miałem dużo koleżanek, przyjaźniłem się z nimi.

Czyli domyślam się, że pierwszym zdjęciem, które zrobiłeś nie był portret koleżanki z klasy?

Nie, nie. Z fotografią w ogóle zaczęło się dość banalnie. Jeszcze w szkole podstawowej. Leżałem dwa tygodnie w łóżku, z anginą. I z nudów czytałem. Traf chciał, że znalazłem na półce książkę Włodzimierza Puchalskiego pt. Bezkrwawe łowy. Puchalski był wybitnym fotografem przyrody. I w tej właśnie książce, ze szczegółami opisywał, jak po zakończeniu działań wojennych udał się do lasu i wykopał skrzynię, w której ukrył przed Niemcami swój sprzęt fotograficzny. Po czym wybrał się w plener. Z wypiekami na twarzy czytałem, jak podchodził zwierzynę, budował szałasy, czatował godzinami z aparatem, czekając na jedno ujęcie. To rozpaliło we mnie zainteresowanie. Jak tylko wyzdrowiałem, złapałem jakiś maleńki aparacik, który mieliśmy w domu i poleciałem do Ogrodu Saskiego fotografować … gołębie! Z kolei książka pt. „Fotografia – Technika i Technologia” napisana przez Tadeusza Cypriana, przedwojennego fotografa, nauczyła mnie używania sprzętu i technologii. Jeszcze w szkole podstawowej zrobiłem w łazience pierwszą, prymitywną dość ciemnię. Nie miałem powiększalnika, więc użyłem projektora do przeźroczy. Zamiast slajdu wkładałem klatkę z negatywem, do ściany przypinałem papier i rzucałem na niego obraz. Wymieniłem żarówkę na czerwoną i tak robiłem swoje pierwsze, nieporadne jeszcze odbiteczki. Był też problem z kupnem konfekcjonowanych chemikaliów, więc wywoływacze musiałem składać z komponentów. Potem od stryjecznego dziadka dostałem pierwsze kuwety i tak powoli organizowałem sobie cały potrzebny sprzęt. Przed egzaminem do liceum wynegocjowałem z mamą, że jeśli zdam, to kupi mi prawdziwy aparat. Pamiętam, że długo byłem w rozdarciu, bo nie mogłem się zdecydować czy kupić niemiecką Exactę czy Prakticę. Stanęło na tej drugiej. I od tego momentu mogłem już fotografować motyle i żaby.

lumfgeg

Już wtedy wiedziałeś, że chcesz zostać profesjonalnym fotografem?

Po skończeniu szkoły średniej zdawałem na Akademię Sztuk Pięknych. Papiery składałem dwukrotnie, ale się nie udało. Wtedy już dobrze fotografowałem, więc zrezygnowałem ze studiowania i zająłem się zawodowo robieniem zdjęć. Dostałem pracę w Polskiej Agencji Interpress. Dobrze pamiętam pierwsze zlecenie. Wysłano mnie w delegację do Białowieży, żeby sfotografować krzyżówkę żubra i, zdaje się, krowy, tzw. żubronia. Miał to być typowy materiał informacyjny. Nic nie wiedziałem wtedy o delegacjach, że trzeba jakieś papiery podstemplować itd. Miałem dwadzieścia lat, włosy do ramion, dzwony w stylu Micka Jaggera i byłem zupełnie zielony.  Ale się udało. Tak szczęśliwie się złożyło, że ta agencja miała dość szerokie spektrum. Robiliśmy nie tylko newsy, wiadomości, ale przede wszystkim zdjęcia ilustracyjne. To był okres gierkowski. Hulała propaganda sukcesu. Jeździliśmy po zakładach pracy, fotografowaliśmy wnętrza muzeów, zamków etc. Ta wielopłaszczyznowa praca fotograficzna dała mi duże doświadczenie.

Oficjalnie fotografowałeś uśmiechniętego robotnika przy taśmie wyrabiającego dwieście procent normy a dla siebie, to wszystko, co działo się poza propagandowym kadrem?

Nie od razu. Na początku koncentrowałem się na tym, żeby spełniać wymogi i zapotrzebowania firmy, dla której pracowałem. To było zupełne novum w moim życiu. W mojej rodzinie nie było żadnych tradycji, nikt nie był dziennikarzem ani fotografem, w związku z tym do wszystkiego dochodziłem sam i bardzo się przykładałem. Więc te „moje” zdjęcia początkowo były jedynie produktem ubocznym pracy zawodowej. Jeździłem po Polsce, docierałem do miejsc, w których przeciętny człowiek nie miał żadnego powodu, by być i powoli zaczęło się nabudowywać moje własne, osobiste archiwum dokumentalne. W pewnym momencie już kompletnie przestały mnie interesować tematy zlecane przez agencję, a skupiałem się jedynie na autorskich zdjęciach. Zależało mi, żeby fotografia, którą robię, niosła w sobie jakąś anegdotę, dowcip, żeby coś ją wyróżniało spośród innych zdjęć. Szukałem własnego stylu. Nie wiem na ile mi się to udało. Ale wydaje mi się, że na tamten czas, robiłem coś, co było bardzo indywidualne. Do dzisiaj spotykam ludzi, którzy oglądając fotografie z tamtego okresu, bezbłędnie potrafią wskazać te, robione moją ręką. Więc chyba mają one jakiś wspólny, „hausbrandtowski” stempel.

Nie czułeś dyskomfortu z powodu pewnej schizofreniczności sytuacji, w której się znalazłeś? Z jednej strony praca dla systemu i zmanipulowany obraz Polski „rosnącej w siłę”, z drugiej …

Oczywiście miałem świadomość, że ten obraz jest zmanipulowany. Każdy to wiedział. Nie byłem jednak nigdy ani rewolucjonistą ani opozycjonistą. Do systemu komunistycznego miałem negatywny stosunek, jak zresztą cała moja rodzina, która przez komunistów była prześladowana. Ale wychowałem się w tamtym kraju, w takim, jaki był. I pewne rzeczy traktowałem, jak coś normalnego. Nie byłem fotografem ani politycznym, ani specjalizującym się w newsach prasowych. Zajmowało mnie codzienne życie, zwykły człowiek.

fpbhwmf

Wprowadzenie stanu wojennego nie zradykalizowało Twojej postawy wobec systemu? Nie czułeś, że masz jakąś misję do spełnienia, że możesz strzelać używając migawki aparatu?

Opowiem ci dwie ciekawostki związane ze stanem wojennym. Na początku zabroniono fotografowania wszystkim obywatelom. Zawodowcy musieli ubiegać się o specjalne zezwolenie. W Biurze Prasowym Rządu trzeba było złożyć stosowne podanie, odpowiednio udokumentowane.  Ja wtedy nie byłem nigdzie zatrudniony. Kilka lat wcześniej zakończyłem współpracę z Interpressem, więc spodziewałem się, że moja aplikacja zostanie odrzucona. A tu niespodzianka! Dostałem zezwolenie na wykonywanie zawodu, z podpisem ówczesnego rzecznika prasowego rządu- Jerzego Urbana! Zacząłem więc ganiać trochę z aparatem po ulicy. Za miesiąc przyszło wezwanie, że muszę się stawić w celu przedłużenia zezwolenia. Na miejscu się okazało, że ta pierwsza „legitymacja” została mi wydana.. przez pomyłkę. A teraz mają dla mnie już poprawioną decyzję, w której czytałem, że mam całkowity zakaz wykonywania zawodu. Pomyślałem, że to znakomity papier, bo na jego podstawie w każdym zachodnim kraju mógłbym ubiegać się o pracę i azyl polityczny.

Druga historia wiąże się z dniem 13 grudnia. Budzę się rano. Telefony nie działają, w telewizji Jaruzel. Musiałem być w szoku, bo pierwsze, co zrobiłem, to wsiadłem do samochodu i pognałem w kierunku lotniska. Myślałem, pierwszy samolot, do obojętnie którego zachodniego kraju, byle dalej stąd. Nie przebyłem nawet połowy drogi na Okęcie, a tam już czołgi stoją w poprzek i kręcą się panowie z karabinami. Zawróciłem. Niedaleko mieszkał mój kolega. Jego osobista tragedia polegała na tym, że miał wykupiony bilet do Szwecji. Tyle, że na 18 grudnia. Gdy powiedziałem mu, co się stało, nie mógł uwierzyć. Byli już z żoną spakowani. Wszystko mieli w kartonach. Otworzyliśmy wtedy butelkę koniaku. I upiliśmy się, z samego rana. Co ciekawe, Włodek przez dwa lata się nie rozpakował. Gdy tylko znieśli stan wojenny, pierwszym promem popłynął na Zachód.

Wtedy pomyślałeś o emigracji?

Szczerze mówiąc, nigdy nie planowałem wyjazdu za granicę na stałe. Ale widząc to, co się działo w stanie wojennym, miałem głębokie przekonanie, że socjalizm w Polsce nigdy się nie skończy. Że będzie się tak bełtać kolejnych dwadzieścia pięć lat. Byłem po trzydziestce i miałem wrażenie, że zostając, zmarnuję sobie życie. Brak możliwości poruszania się po świecie, absurdy życia w komunie, to wszystko było istotne i na pewno wpłynęło na moją decyzję. Ale nie było jej najważniejszym powodem. Historia generalnie zaczyna się w 1979 roku, kiedy wybrałem się do Londynu i nawiązałem współpracę z agencją fotograficzną Camera Press. Nawiązaliśmy współpracę i oni zaczęli sprzedawać moje zdjęcia. Szybko dostałem duże zamówienie na foto-relację z pierwszej wizyty Papieża w Polsce. To był mój pierwszy, większy kontakt z prasą zachodnią. Poznałem wielu świetnych dziennikarzy, mogłem przyjrzeć się ich pracy, a także- co nie jest bez znaczenia- uświadomiłem sobie, jak kolosalne są różnice w zarobkach. W kraju ludzie żyli wtedy za 30 dolarów miesięcznie, a moje honorarium za zdjęcia z wizyty Jana Pawła II wynosiło wtedy 1800 funtów. Za te pieniądze pojechałem pierwszy raz do Ameryki.

rncmfnv

Nowy Jork sprostał oczekiwaniom?

Wrażenie było silne, to na pewno. Wygrywał w porównaniu z Warszawą, to oczywiste, ale nawet z Londynem, który wtedy był przy Nowym Jorku szary, bez polotu. Pierwszy rok spędziłem na Manhattanie i przez długi czas myślałem, że tak wygląda cała Ameryka, he he. Pracowałem dorywczo, głównie jako asystent przyjaciela, dzięki któremu się w tym Nowym Jorku w ogóle znalazłem. Kumpel fotografował wtedy modę dla Penthouse’a. Pamiętam, że dniówka wynosiła wtedy 100 dolarów, a kawałek pizzy kosztował 25 centów. To był rok 1979/80. Po stanie wojennym odwiedziłem ponownie Nowy Jork. I wtedy nastąpiło zdarzenie, można powiedzieć, kluczowe dla całej opowieści. Otóż dostałem list od kolegi z Polski, który poprosił mnie, żebym odnalazł naszą wspólną koleżankę, z którą studiował na wydziale architektury i która kilka lat wcześniej wyjechała do Stanow i ślad po niej zaginął. Pamiętałem ją bardzo dobrze, choć w Polsce widziałem ją tylko raz. Miało to miejsce na imprezie sylwestrowej, na której usiłowałem ją poderwać, ale zniknęła mi z oczu. I oto Kasia – bo tak miała na imię- zmaterializowała się w jednej z manhattańskich kafejek. Poszliśmy na obiad, umówiliśmy się nazajutrz. A już kolejnego dnia wylatywałem do Polski. Czułem jednak, że zaczęło się w moim życiu coś ważnego. I miałem rację. Po sześciu miesiącach wysyłania listów i „międzynarodowych” rozmów telefonicznych, wróciłem do Nowego Jorku. I zostałem na dobre.

Dla kogoś, kto całe życie pracował na sprzęcie analogowym, pojawienie się fotografii cyfrowej musiało być bolesne?

Szczerze mówiąc, kiedy zaczęła się fotografia cyfrowa, to nie wierzyłem, że za mojego życia będę jej używał. Byłem przekonany, że owszem, fotografia cyfrowa będzie się rozwijać, ale nie zagrozi fotografii tradycyjnej. Pomyliłem się w ocenie postępu technologicznego, ale- co niezmiennie podkreślam- nie czułem się w żaden sposób skrzywdzony. Za aparat cyfrowy i obróbkę zdjęć na komputerze zabrałem się jakieś dwanaście lat temu. Nie stało się to jednego dnia. Pierwszy Photoshop, którego używałem miał numer 3. Nie CS3 ale 3. Pierwszą cyfrówką, którą miałem w ręku była, zdaje się, jakaś zabawka, kupiona dla córki. Powoli jednak zaczynałem eksperymentować. Na początku trochę się denerwowałem, bo jednak używanie tego sprzętu i sposób obróbki jest zupełnie inny. Proces cyfrowy jest zupełnie niepodobny do analogicznego. Obecnie używam wyłącznie aparatów cyfrowych. Czasem, z sentymentu, zrobię coś jeszcze na filmie. Ale rzadko. Nie uważam, że aparat cyfrowy daje gorszą jakość. Na pewno łatwiej uzyskać wysokiej jakości obraz przy pomocy nowoczesnego sprzętu. Z kolei fotografia analogowa ma swoje zalety. Obraz zrobiony na materiałach srebrowych i obrobiony w procesie mokrym jednak trochę inaczej wygląda. W końcu srebro to metal szlachetny, a tusz to -jak mawia znajomy- jedynie „plujka”. Ale myślę, że coraz trudniej odróżnić zdjęcie zrobione tradycyjnym sprzętem od tego, które zostało wykonane przy pomocy nowoczesnych technologii.

Postęp technologiczny sprawił, że robienie zdjęć stało się zajęciem powszechnym. Dzisiaj każdy jest fotografem. Nie denerwuje Cię to?

Nie chcę zabrzmieć nieskromnie, ale czy kierowca rajdowy zazdrości, że inni też jeżdżą samochodami? Mam dość duże poczucie swojej wartości i umiejętności. Więc nie, nie denerwuje mnie to. Co innego świadomość zmian, które ten postęp technologiczny przyniósł na rynku zawodów związanych z usługami fotograficznymi. Odpadło mnóstwo prostych zajęć, związanych chociażby z obsługą ślubów czy wykonywaniem zdjęć paszportowych. Fotografowie „starej daty” masowo zostali wyparci z rynku. Szkoda.

Puryści uważają, że prawdziwy fotograf to ten, który potrafi samodzielnie wywołać zdjęcie. Tradycyjny proces obróbki wymagał dużo większej wiedzy i zaangażowania, ale dzięki temu miał w sobie więcej magii, był bliższy prawdziwej sztuce?

To prawda, kiedyś fotograf musiał dużo więcej wiedzieć i umieć to, czego przeciętny człowiek nie potrafi. Teraz, przeciętny użytkownik dobrej klasy aparatu fotograficznego może zrobić zdjęcie zbliżone do fotografii wykonanej przez profesjonalistę. Choć oczywiście gdzieś tam jest granica, powyżej której są tylko wyspecjalizowani fotografowie. Jednak generalnie uważam takie rozważania za jałowe. Chodzi bowiem o to, co jest na zdjęciu, a nie jakim aparatem zostało ono zrobione. Liczy się finalny obraz, który oglądasz. To, jakie narzędzie zostało użyte, to sprawa drugorzędna. Podobnie jest z malarstwem. Czy patrząc na obraz zastanawiasz się, w jaki sposób nałożono farbę? Pędzelkiem, a może szpachelką? To nie ma większego znaczenia.

dnvvaxm

Oczywiście, mam sentyment do fotografii analogowej. I na pewno tradycyjny sprzęt ciągle wywołuje we mnie jakiś rodzaj emocji. Natomiast nie widzę powodów, by sprzeciwiać się fotografii cyfrowej. Przecież nie powstała ona, żeby zrobić na złość fotografom analogowym. Gdyby sprzeciwiać się postępowi technologicznemu, wrócilibyśmy do gołębi pocztowych. Albo na drzewa. To nie ma sensu.

Fotografii cyfrowej zarzuca się przede wszystkim łatwość, z jaką zakłamuje rzeczywistość. Jedno kliknięcie myszką i płatki róży zyskują soczystą barwę, cera staje się alabastrowa a kosz na śmieci, który „wszedł w kadr” znika..

Nie piętnuję takich praktyk, ale też nie podziwiam. Jest różnica między drobną korektą a zasadniczą manipulacją. To jest sumienie fotografa. Albo chcesz mieć czyste sumienie, albo nie. Przyjemność zrobienia dobrego zdjęcia polega na tym, że wiesz, że je naprawdę zrobiłeś. A nie oszukałeś. Jeśli musisz wycinać kosz z kadru, to znaczy, że nie potrafiłeś się dobrze ustawić. Ktoś, kto używa w tym celu technologii, nie jest dobrym fotografem.

Trudno się oprzeć wszechobecnej potrzebie estetyzacji. Świat na zdjęciach, poprawiony, wyczyszczony, błyszczący, kolorowy wydaje się po prostu piękniejszy.  

Ludzie dostali do ręki nowe medium, co generuje nowe problemy. Ale akurat skłonność do upiększania, poprawiania, jest stara jak świat. Wystarczy przypomnieć sobie portrety władców malowane przez wynajętych artystów. Niechby tylko nadworny malarz spróbował pokazać tzw. prawdę obiektywną. Straciłby głowę, ha ha. Człowiek zawsze dążył do doskonałości. Różnica polega jedynie na tym, że teraz ma bardziej zaawansowane narzędzia.

Fotografia cyfrowa pozwala również na wielokrotne powtarzanie ujęcia. Można fotografować prawie że na oślep, bez ograniczeń. Na pięćset zdjęć, jedno na pewno się uda. Tylko, czy ma ono jeszcze w ogóle jakąś wartość?

No tak… Przypomina się anegdota z małpą. Jeśli dać jej w łapę aparat i odpowiednio dużo czasu, też zrobi „artystyczne” zdjęcie, ha ha. Znowu wracamy do sumienia fotografa. Jeśli czujesz, że taki sposób fotografowania jest sprzeczny z twoimi przekonaniami, możesz sobie narzucić, że będziesz np. robić tylko jedno ujęcie. Twoja sprawa. Ja wielokrotnie staję przed takim dylematem. Jeśli czuję, że coś mi nie wychodzi w miarę szybko, wycofuję się.

Z jednej strony mamy sprzęt wysokiej klasy i dążenie do doskonałości, z drugiej toniemy w zatrważającej ilości nieostrych „fotek” robionych telefonami komórkowymi. Co ciekawe, te drugie często bywają bardziej interesujące niż technicznie bez zarzutu, ale nudne zdjęcia tzw. rzemieślników fotografii, z którymi nieustannie toczę spory o to, czym jest dobre zdjęcie. Jaka jest Twoja definicja?

Mam tylko i wyłącznie jedno kryterium, a mianowicie, jeśli zdjęcie, które zrobiłem mi się podoba, uważam je za dobre. Natomiast cudze fotografie oceniam instynktownie. Nie biorę pod uwagę parametrów technicznych i- tak jak mówisz- nie zwracam uwagi na ostrość zdjęcia, bo nie ona świadczy o tym, czy fotografia jest dobra czy nie. Ostrość to tylko jeden z elementów. Na pewno kluczowy, jeśli fotografujesz zegarek szwajcarski, bo finezja tego produktu polega na precyzyjnym mechanizmie. Ale nie w każdym przypadku. Możesz zrobić nieostre zdjęcie super Hasselblad’em, pytanie- czy obraz ma coś, co zatrzymuje, inspiruje, co sprawia, że chce się patrzeć? Dobra fotografia to taka, o której myślę: chciałbym ją mieć w swoim archiwum. Żałuję, że nie jestem jej autorem.

Czy można nauczyć fotografii?

Można nauczyć podstaw, techniki. Ale na pewno nie można nauczyć patrzenia, wrażliwości. A ona jest w sztuce robienia zdjęć najważniejsza. Jeśli chodzi o estetykę fotografii, to jest jak z malarstwem. Każdego można nauczyć jak poprawnie kłaść farbę. Ale nie, jak pokazać emocje, namalować obraz, który będzie zachwycał. Fotografia to sztuka plastyczna. Tylko medium jest inne.

slkhfao

Twoi mistrzowie?

Na pewno Sebastiano Salgado, który był znakomitym dokumentalistą. Jeśli chodzi o bardziej komercyjną fotografię, to przez wiele lat ceniłem prace Helmuta Newtona, który fotografował modę. Robił to w sposób niezwykły, nieoczywisty. Trochę wulgarny, trochę agresywny. Ale szalenie ekspresyjny. Lubię też Veronique Vial. Jej zdjęcia mają w sobie jakąś słodycz, lekkość. Fotografuje jakby od niechcenia, ale bardzo zgrabnie jej to wychodzi. Bardzo sobie cenię Sally Mann, która fotografuje takim starym, dużym aparatem 8 x 10. Jej prace trącą ubiegłym stuleciem. Mają w sobie duszę, jakiś niewypowiedziany czar. O fotografii krajobrazowej trudno się wypowiedzieć, bo ten rodzaj fotografii graniczy z szablonem, pocztówką. Przy tego rodzaju zdjęciach łatwo otrzeć się o kicz.

Dzisiaj sam jesteś dla wielu mistrzem, który, co rzadkie i cenne, nie szczędzi pochwał młodym adeptom sztuki fotograficznej.

Lubię, jak ktoś zrobi fajne zdjęcie. Przypominam sobie wtedy, jak sam się uczyłem i jaką wielką przeżywałem radość, gdy ktoś pochwalił moje prace. Jestem szczęśliwy, gdy mogę komuś coś podpowiedzieć, kogoś zainteresować fotografią, pomóc. Miałem nawet kiedyś pomysł, by zorganizować warsztaty z fotografii tradycyjnej, uczyć tradycyjnego sposobu wywoływania zdjęć itd. W Centrum Polsko- Słowiańskim są do tego warunki. Jest profesjonalna ciemnia i trzy, czy cztery stanowiska pracy. Ale powiedziano mi, niestety, że nie ma na ten projekt pieniędzy. Może warto by wrócić do tego pomysłu?

Pewnie! Byłabym pierwszą osobą, która zapisałaby się na te warsztaty. Fotografia jest moją wielką pasją…

Moją też. I powiem ci, że nie mam wyrzutów sumienia, że zostałem fotografem. Gdybym miał jeszcze raz wybierać, to zostałbym albo fotografem, albo… super hakerem komputerowym, ha ha. Ale raczej to pierwsze.

 Kurier Plus, Nowy Jork, 27 kwietnia 2013 roku