Było pochmurne popołudnie… Pod listopadowymi klonami siedziały dwie przygarbione postacie. Kłębki papierosowego dymu co jakiś czas wysnuwały się spod czapek.

Umówiony byłem tego dnia z kolegą na plener fotograficzny. Miałem jeszcze trochę czasu, nie lubię się spóźniać. Oni wyglądali tak filmowo. Temat idealny. A ja nieśmiały… Nie lubię i nie fotografuje ludzi bezdomnych ani bez ich zgody, ani ze zgodą. Nastrój listopadowego spleenu był tak silny, że się przemogłem. Poszedłem w kierunku skrytych w klonach garaży, przy których siedzieli. Zapytałem czy mogę im zrobić zdjęcie. Odpowiedzieli: „ -Rób pan, ale fajki daj”.

 

Zapaliliśmy razem. Zapytałem czy mieszkają w tych garażach. „-Tak, w tym jednym mamy wyrka, kozę, ale jeszcze z dziesięć złotych by się przydało…” Dałem. Życzyłem powodzenia i poszedłem. Zdjęcie zrobiłem, ale tylko garażom, nie im. Nie chciałem. Chudszy i zarazem wyższy od drugiego mężczyzna był całkiem zadbany. Ogolony, pachnący„Warsem”. Niższy natomiast okutany w trzy kurtki miał strasznie rozklepany nos i chyba on mnie trochę onieśmielił.

Zapadli mi w pamięć do tego stopnia, że pojechałem do nich w następnym tygodniu, ale już z torbą z jedzeniem. Pamiętali mnie. Zyga, tak miał na imię wyższy i chyba dowodzący w tandemie, ucieszył się z papierosów. Poprosił mnie także o świeczki, bo prądu nie mieli, a noce coraz dłuższe. Józef był „na puszkach” ale zaraz się pojawił. Taka rola. Trochę porozmawialiśmy, zrobiłem kolejne zdjęcia. Tym razem pojawiły się na fotografiach ich sylwetki. Bez „dychy” jednak się nie obyło. Wiedziałem, że moje pieniądze pójdą na alkohol, ale układ to układ. „A -pokażesz nam te zdjęcia?” – zapytał jeden.

Następnym razem przyjechałem z tabletem. Nie wiem czy im się podobały, nie mówili, nie pytałem, ale oglądali. Inne moje też. „-Po co Ci to?”- pytali. „Lubię robić, lubię Grochów, Pragę i tutejszych. Mogę pokazać na forum?” „-Możesz, chuj tam.” Pamiętam jak dziś.

 

I tak to się zaczęło. Trwało ponad rok. Raz na tydzień, dwa. Dostawa, zdjęcia. Jak na wyspę. Aż rozebrali kiedyś garaże i było po Zydze i Józku.

Przywoziłem świeczki, jedzenie, ubrania, papierosy i węgiel do kozy. Miałem wolną rękę w robieniu zdjęć. Zimą siedzieliśmy przy kozie w środku, czasem w siedmiu. Przychodzili się ogrzewać. Rozmaici bezdomni, po więzieniu, na gigancie. Przekrój. Była lodówka. Na gwóźdź. Z wygryzionym tyłem. „Szczur się wdał.” Najważniejszy i najbardziej czysty mebel w domu. Plakaty, mapy. Czasem pili bełty czy piwo ale przy mnie się hamowali z awanturkami, chociaż atmosfera bywała gorąca. Wtedy rozwiązywały im się języki, opowiadali swoje historie i przedstawiali obrazki z życia. Obrazki, bo niektórzy z nich już niewiele pamiętali. Mieliśmy do siebie wzajemny szacunek. Nie bałem się z nimi przebywać. Na wiosnę w segmencie garażu obok pojawiła się Kaśka z Magdą. Nie miały ściany od frontu, ale było już ciepło i spały tak. Nie przeszkadzało im to zupełnie. Lubiły wypić. Wtedy chciały tańczyć, albo płakać. One darzyły mnie dużą sympatią.

Któregoś dnia przyjechali redaktorzy, którzy chcieli przeprowadzić z Zygą wywiad. Zrobić zrobili, pieniędzy nie dali. W zamian za to przynieśli dwie książki. „Jedno oko na Maroko” tak brzmi tytuł książki, którą otrzymałem od Zygi.

Pewnego razu, gdy przyjechałem na miejsce pomyślałem, że to koniec. Wszystko doszczętnie zniszczone, połamane, lodówka na boku, kozy nie ma… A co najgorsze nikogo nie ma. Za tydzień już było wszystko na miejscu… Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze około trzech razy. Czasem Zyga zapraszał na noc “kolegów”, pili razem, po tym jak się upili i zasnęli to”koledzy” ich bili, okradali i uciekali.

Straż Miejska bywała nocami, mroźną zimą. Sprawdzali czy żyją i jechali.

Nie chcę pisać skąd Zyga i Józek pochodzili. Mają rodziny. Józek ma syna, ale nie utrzymują ze sobą żadnego kontaktu odkąd spędził 10 lat w więzieniu. Wspominał, że czasem budziła się w nim chęć pojechania do syna, ale nigdy go nie odwiedził. Zyga natomiast ma małą rodzinę i dwa amputowane, odmrożone palce u nogi. Tak mówił. Mieli siebie na ten czas i to co znaleźli.

Dostałem kiedyś od Zygi mosiężny krzyż z Jezusem, bardzo ładny. „-Do kościoła chodzisz? To masz, tu nie dla niego miejsce.” Stoi na dużym stole. Jak na niego patrzę to widzę twarz Zygi i jego oczy. Takie żywe. Józka były zamglone. Poznały ich moje dzieci. Przeżyły to bardzo i trochę się wystraszyły. Zyga chciał je zobaczyć. Poznali także moją Basię, z którą odwiedziliśmy ich na rowerach. Kultura, szarmancko ucałował ją w rękę…

Jesienią zeszłego roku nie byłem u nich dwa tygodnie. Z pięciu segmentów garaży zostały dwa. Nie ma garaży, nie ma Zygi, Józka, Kaśki, Magdy, Wieśka…

Nikogo nie ma…

Dwa tygodnie wystarczyły. Dwa. Zakończyły naszą historię, ale ona we mnie zostanie.

Nie wiem gdzie ich szukać i to jest najgorsze. Przepadli…