Czarno-białe fotografie. Wielkoformatowe twarze. Mojej matki. Młodej i zawsze trochę nieobecnej. Patrzącej poza kadr. Zamyślonej. Z zadartym nosem. Wydętymi, jak u krnąbrnego dziecka, ustami. Leżały w dużym kartonie. Na samej górze czerwonej szafy. Skrzypiały drzwiczki pociągnięte olejną. Zapadały wypełnione szczelnie półki. Pudło stało wysoko. Było ciężkie. Z trudem ściągaliśmy je na podłogę. A potem skakaliśmy w przeszłość. Na główkę. Przekopując kilogramy odbitek. Wrzuconych luzem. Nieoprawionych. Lekko podniszczonych. Z pogiętymi rogami. Czasem żartobliwymi komentarzami ojca, wykaligrafowanymi perfekcyjnym pismem, jak ten: Uwiedziona za młodu. Film włoski. 1972 rok; pod jasnym portretem dwudziestoletniej dziewczyny. Która już wie, że zostanie żoną stojącego po drugiej stronie obiektywu chłopaka. Ale jeszcze nie, że urodzi mu czworo dzieci. A wielką miłość, taką z książek i filmów, o której pisze się wiersze i dla której wycina serca w korze drzew, pogrzebie w końcu proza życia.

Tamte powroty do przeszłości były inne niż dzisiaj. Mama na zdjęciu wyglądała trochę bardziej obco niż w rzeczywistości, ale nadal była podobną do tej, którą znaliśmy. Dorosłą. Ojciec miał dłuższe włosy. I na fotografii spod koła podbiegunowego, zabawne, czarne wąsy. Ale był dla nas tym, kim dotąd. Dojrzałym mężczyzną. Opiekunem. Nie rozpoznawaliśmy w nim dwudziestoletniego chłopca. Bo nie potrafiliśmy sobie jeszcze wyobrazić, co to znaczy mieć dwadzieścia parę lat. I rodzinę. Pierwsze dziecko. Pracę. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jacy byli wtedy rozczulająco młodzi. I że dzieli nas tylko kilka, może kilkanaście lat. Od pięknych dwudziestoletnich. Że za chwilę będziemy jak oni. Nieustraszeni i zachłanni w miłości. Odważni i niepokorni w życiu. Zachłyśnięci ideałami. Z kieszeniami pełnymi czereśni.*

Dzisiaj jestem starsza niż rodzice na zdjęciach. Patrzę w ich twarze inaczej. Co innego z nich czytam. Odnalezione i wywołane po latach negatywy otwierają przestrzenie nie-pamięci. Widzę, jak idą ulicą Harcerską. W towarzystwie sióstr ojca i babci Jadzi. Mijają wejście do kina Pionier, w którym zdążyłam obejrzeć zaledwie kilka filmów, zanim je zamknięto i przerobiono na centrum ogrodnicze. Spacerują po Parku Hrabiny. Karmią wiewiórki. Miejsca są znajome. Ale bardziej opustoszałe. Wyludnione. Za powalonym drzewem, na którym w skórzanym, krótkim płaszczyku, zamszowych myszkach i fryzurze na małpę pozuje drobna, uśmiechnięta brunetka, kontury kościoła. I białe plamy trawników. Nie potrafię odgadnąć, w którym miejscu miasta zrobiono to zdjęcie. Choć znam je na pamięć. Ale wydaje mi się, że potrafię domyśleć się, co wtedy czuli. Jaka muzyka grała im w głowach. Kim byli

Photo30_30

 

Photo36_36

fot. Robert Kwiatkowski

Photo37_37

fot. Robert Kwiatkowski

Photo04_4

fot. Robert Kwiatkowski

Photo10_10

fot. Robert Kwiatkowski

Photo14_14

fot. Robert Kwiatkowski

Coraz chętniej i częściej wracam do przeszłości. Ktoś kiedyś powiedział, że od tego właśnie zaczyna się proces wchodzenia w smugę cienia. Od oglądania się za siebie. Rozpamiętywania. Przywilejem młodości jest nie przywiązywanie się do tego, co było. Gdy masz kilkanaście lat, śmierć wydaje się gwiazdą odległą o tyle lat świetlnych, że nawet przez najlepszy teleskop ledwo ją widać. Z czasem okazuje się, że to nie gwiazda, tylko asteroid. Który leci prosto na ciebie, z zatrważającą szybkością. By walnąć w ciemię i zakończyć marny żywot. Zastanawiam się, kiedy przychodzi moment uświadomienia? Nie wiedzy, ale właśnie poczucia; tej pewności, od której po karku przebiega lodowaty dreszcz. Że wszyscy. Że kiedyś. I czy to jest ten moment, w którym zaczynamy grzebać palcem w przeszłości. Szukając miejsc, emocji i ludzi, których już nie ma?

Photo12_12_mama

fot. Robert Kwiatkowski

Photo24_24

fot. Robert Kwiatkowski

Photo03_3_mama

fot. Robert Kwiatkowski

Na odnalezionym filmie fotografie z utraconego czasu. Bałtyk. Niebo usiane białymi chmurkami. Wysokie fale. Na środku kadru dwie postaci. Uśmiechnięty, opalony chłopak w różowych kąpielówkach. I niewykluta jeszcze, nieco zawstydzona albo tylko zziębnięta dziewczynka w pomarańczowym bikini. Nie pamiętam tamtego lata. Rodzinnych wczasów w Mielnie, do którego jeździliśmy wielokrotnie. Który to mógł być rok? Odczytujemy z rąk i twarzy. Jak z fusów. Zgadujemy przeszłość. Próbując przywołać chociaż jedno, mgliste wspomnienie. I nagle jest. Zapach mokrego piasku. Wiatr. I faktura tkaniny, z której uszyty był strój kąpielowy ze zdjęcia. Malutki stanik zakrywający wielkie nic, ledwie zapowiedź, przeczucie kobiecości, wykończony był białą koronką. Poczułam ją, pod pomarszczonymi od wody, dziecięcymi palcami. I przez chwilę byłam znowu na tamtej plaży. Skąpana w słońcu. I poczuciu, że jeszcze wszystko, każdy najzuchwalszy scenariusz, jest możliwy. Niebo było niebieskie. Złote krople zastygały na opalonych ramionach. Świat był pachnącym, gorącym gofrem. Z bitą śmietaną. I jagodami.

Photo08_13_s

fot. Robert Kwiatkowski

 

 

* Pidżama Porno, Moja generacja.