Intrygująca, ekscentryczna, wycofana i nieprzewidywalna – to cechy charakterystyczne Vivian Maier, niezwykłej artystki, której zdjęcia, odkryte zupełnie przypadkowo, podbiły świat sztuki. Okrzyknięta „prekursorką fotografii ulicznej” i „jedną z najbardziej intrygujących artystek XX wieku”1, stworzyła ponad sto pięćdziesiąt tysięcy unikalnych kadrów, które mogły zostać skazane na zapomnienie, gdyby nie odbyła się aukcja tajemniczej skrytki w miejskiej przechowalni w Chicago w 2007 roku.

To właśnie w niej znajdowały się zdjęcia, negatywy i niewywołane rolki filmów Maier, które przechodząc z rak do rąk ostatecznie trafiły do Johna Maloofa. Zachwycony swoim nowym nabytkiem, kupionym za niewielkie pieniądze, opublikował na portalu internetowym Flickr fragment jej ogromnego, fotograficznego dorobku.

Zdjęcia Maier wywołały niemal natychmiast sensację, a jej realizacjami zaczęli interesować się kolekcjonerzy i historycy sztuki, którzy próbują do tej pory zbadać jej życiorys. Trzeba przyznać, że odtwarzanie losów tej tajemniczej pod każdym względem artystki jest nie lada wyzwaniem, ponieważ Maier obsesyjnie strzegła swojej prywatności, zmyślając niejednokrotnie historie na swój temat, choć tak naprawdę, najwięcej o samej artystce opowiadają jej fotografie.

W trakcie swojego życia zajmowała się głównie opieką nad dziećmi. Pomimo braku wykształcenia, była osobą niezwykle oczytaną, którą fascynowała otaczająca rzeczywistość. Jej pasją były także podróże, których przystankiem był najczęściej Daleki Wschód. W 1956 roku otrzymała pracę w charakterze niani u rzeźbiarki Nancy Gensburg, która dostrzegła w małomównej, skrytej i oschłej Maier, artystyczny talent. I nie pomyliła się. Maier nigdy nie rozstawała się z aparatem, chodziła w męskich koszulach i nie depilowała nóg, skrzętnie chowając się za obiektywem i niedbałym, mało kobiecym strojem.

Z nieukrywaną pasją uwieczniała na odbitkach okres dojrzewania swoich wychowanków – Johna, Lane i Matthew Gensburgów, a także samotne wędrówki po chicagowskich ulicach, które prowadziły ją w najodleglejsze i najbardziej fascynujące zakątki miasta. Nikt nie przeszkadzał jej w robieniu zdjęć. Dziwnie wyglądająca i zachowująca się Maier uznawana była najczęściej za bezdomną lub psychicznie chorą, która bez celu włóczyła się z atrapą aparatu. To dzięki obojętności otaczającego świata, przez który niemal niezauważalnie i bezszelestnie przemykała się Maier, udało jej się zrobić tak doskonałe zdjęcia. Z maniakalnym wręcz uporem kadrowała wszystko, co dostrzegało jej bystre, niemal reporterskie oko.

Bazar przy Maxwell Street, tętniące życiem i dziwakami miejskie przestrzenie, dzieci biegające po plaży i budujące zamki z piasku, bezdomni chowający się w zakamarkach brudnych ulic, przypadkowy mężczyzna ściskający pod pachą żywą gęś lub męska postać dosiadająca w samym centrum miasta konia- wszystkie te ulotne momenty miejskiego życia artystka zapisywała na swoich czarno-białych odbitkach. A co najciekawsze, większość obrazów jej autorstwa stały się ikonami, które trafnie diagnozują amerykańskie społeczeństwo XX wieku, dalekie od utopijnej wizji American dream. Spoglądając na jej realizacje, nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystkie zdjęcia Maier powstawały w straszliwym pośpiechu.

Artystka zachłannie kolekcjonowała rzeczywistość, nie pozwalając umknąć najmniejszemu szczegółowi. W tym całym miejskim zgiełku i chaosie tkwiła też sama Maier, która niejednokrotnie robiła sobie fotograficzne autoportrety. To właśnie one uchylają rąbka tajemnicy jej osobowości. Wiecznie pochmurna, zacięta, niezadowolona ze swojego wyglądu, spoglądała gdzieś w dal, umykając spojrzeniu aparatu. Jej selfies to próby nieśmiałego badania własnej cielesności, jak i umieszczania siebie w społecznym kontekście, z którego na co dzień czuła się wyrwana. Artystka przede wszystkim fotografowała własną twarz, przyjmując stała pozę niezadowolenia, jak i subtelnego wstydu, próbując oswajać własną, przeciętną fizyczność, daleką od doskonałości.

Ów fizyczną niedoskonałość przenosiła na nadzwyczaj perfekcyjną fotografię. To właśnie za pomocą aparatu mogła nawiązać dialog z rzeczywistością. Robiła to przede wszystkim za pomocą obrazów, aniżeli słów, które z trudem przechodziły jej przez usta. Bez wątpienia, Maier była obarczona wieloma kompleksami, brakiem wiary w siebie i przede wszystkim we własne umiejętności, które za życia skazały ją na artystyczny niebyt. Czy zdawała sobie sprawę ze swojego niewątpliwego talentu? Dlaczego fotografowała tylko do przysłowiowej szuflady?

Pytania te niewątpliwe cisną się na usta miłośnikom jej fotografii, których nieustannie przybywa.

Nie sposób nie porównać jej działań z innymi amerykańskimi artystkami, takimi jak Diane Arbus, Mary Ellen Mark czy Sally Mann. Arbus z nieskrywanym zainteresowaniem fotografowała osoby naznaczone piętnem choroby i fizycznymi ułomnościami, Mark z czułością i zaangażowaniem portretowała prostytutki, narkomanów i transwestytów, a Mann penetrowała za pomocą swojego obiektywu śmierć, którą traktowała jako rodzaj przerwania oraz zapowiedź nieuchronnego rozkładu, tak dla niej fascynującego.

Każda z nich znajdowała inspirację do swoich działań na ulicach miasta. Zarówno wspominane wcześniej artystki, jak i samą Maier łączy jeszcze inna wspólna cecha, mianowicie podświadoma chęć zbudowania socjologicznego portretu współczesnego świata, w którym dominuje strategia wyparcia wszystkiego, co realne. A na kształt realizmu wykreowanego na ich fotografiach składają się dojrzewanie, nieustające przemijanie, a także kłujące w oczy widmo nieuchronnej śmierci. To przeczucie niewątpliwie nie opuszczało Maier, która zapisywała czas nie tylko fotografując swoje miejskie wędrówki, ale również śmieci czy połamane meble, które traktowała jako symbol nieobecności i pamięciowego niedowładu.

Maier pojawiająca się w zakazanych i zaniedbanych dzielnicach miasta wzbudzała ambiwalentne uczucia, dlatego też często padała ofiarą nieuzasadnionych wyzwisk i szyderstw. Świat nie ułatwiał jej nawiązania bliskiej relacji, która sprzyjałaby intymnemu zaangażowaniu się w drugiego człowieka, stąd też swoje życie spędziła w całkowitej samotności. Jedynymi świadkami jej egzystencji były tysiące odbitek, jak i nieskończona ilość gratów, które namiętnie zbierała. Nie chciała się z nimi w jakikolwiek sposób rozstawać. Być może dlatego świat tak późno usłyszał o Maier, która zachłannie strzegła swojej kolekcji niczym matka, nie chcąca wypuszczać z gniazda własnych dzieci.

Jej życiorys i próby nakreślenia najbardziej newralgicznych momentów artystycznych działań, stały się pretekstem do powstania dokumentalnego filmu „Szukając Vivian Maier”(2013), wyreżyserowanego przez Johna Maloof’a, szczęśliwego kolekcjonera prac Maier, oraz Charlie’go Siskela. Sam film został przyjęty z mieszanymi uczuciami. Maloofowi zarzuca się przytłoczenie historią życia artystki, utkanej z niedopowiedzeń i domysłów, Odpowiedzi na wszelkie wątpliwości związane z biografią Maier w dalszym ciągu zostają na czubku języka i nie chcą poddać się detektywistycznym zapędom reżyserów. Widz, który oczekiwał ostatecznego rozwiązania tajemnicy artystki, bez wątpienia zabranej przez nią do grobu, może poczuć się lekko rozczarowany wychodząc z ciemnej sali kinowej, nerwowo strząsając pozostałości popcornu.

Niemniej jednak, obraz ten znalazł swoich zwolenników, stając się dla nich się interesującym kluczem do twórczości Maier, wymykającej się wszelkim definicjom i schematom, w których zazwyczaj umieszcza się twórców, między innymi z powodu znakomitej znajomości ich prywatnego życia. Bez wątpienia obsesja, jak powstała w świecie sztuki na punkcie Maier, opiera się przede wszystkim na legendach, w które obrosła egzystencja artystki, co sprawia, że jej fotografie stają się jeszcze bardziej przejmujące i fascynujące. Być może niektóre tajemnice powinny dalej funkcjonować w obrębie niedopowiedzenia. Tym tropem podążył Jeff Goldstein, kolejny kolekcjoner prac artystki i kurator jej wystaw, który wydał album z nieznanymi dotąd jej zdjęciami.

Zupełnie inną odsłonę Maier pokazuje tymczasem najnowsza wystawa w warszawskiej galerii Leica, poświecona jej twórczości, która nie stara się dociekać, kim tak naprawdę była. Przemawiają tutaj za nią jej czarno-białe fotografie, tworzące intymny, niemal bolesny, pamiętnik artystki, która szybkim krokiem, wytyczonym przez stukot własnych butów, przemierzała amerykańskie ulice doprowadzające ją do fotograficznego szaleństwa. Szaleństwa, któremu podporządkowała bezwarunkowo całe swoje życie. Sama ekspozycja prowokuje pytanie, ilu jeszcze twórców, takich jak Maier, przyjdzie odkryć współczesnej fotografii. Pozostaje uzbroić się w cierpliwość i czekać na kolejne, niepowtarzalne niespodzianki, tak przecież tożsame fotografii.

 1. G. Kaniuk, Zawodowa amatorka, [ w:] Twój Styl, nr 5 (286)/2014, s.140-143.

Red.
Oficjalna strona, na której znajdziecie zdjęcia Vivian: http://www.vivianmaier.com/
Powstał film pt. Finding Vivian Maier. Oficjalna strona: http://www.findingvivianmaier.com/