Jego słynne zdjęcie „Człowiek karmiący łabędzie”, zrobione podczas spaceru nad Wisłą, w ciągu kilku dni podbiło świat. Ale Marcin Ryczek nie chce odcinać kuponów i zachłystywać się łatwym sukcesem. Z determinacją, ale przede wszystkim pokorą, realizuje plan. By na trwale wpisać się w obraz polskiej i światowej fotografii.

Marcin Ryczek_fot Weronika Kwiatkowska

Marcin Ryczek fot.Weronika Kwiatkowska

Andy Warhol powiedział: w przyszłości każdy będzie miał 15 minut sławy. Zdaje się, że Twoje właśnie trwa..

Moje piętnaście minut trwa już dobre półtora roku i mam nadzieję, że tak szybko nie minie. Oczywiście, to wszystko, co się zdarzyło było kompletnie nieoczekiwane, ale przyznam, że bardzo przyjemne. Wydaje mi się jednak, że podchodzę do całej sytuacji spokojnie. Mam świadomość, że dużo pracy przede mną. Chciałbym wyrobić swój własny, niepowtarzalny styl, własną markę. Żeby za jakiś czas, ktoś, kto ogląda moje fotografie, od razu mógł powiedzieć spod czyjej ręki wyszły, bez konieczności czytania podpisu. Na tym chciałbym się skupić. Mam też nadzieję, że nie zostanę zapamiętany jako autor jednego zdjęcia, “facet od łabędzi”. Wierzę, że najlepsze kadry ciągle przede mną. I cieszę się, że również inne moje fotografie, np. „Liberation” zdobywają nagrody w znaczących międzynarodowych konkursach.

Człowiek karmiący łabędzie” zrobił niesamowitą furorę na całym świecie. Tylko w ciągu jednej doby Twoją fotografię obejrzało trzy miliony osób. Posypały się nagrody, publikacje. Czy ten- jak mówią Amerykanie- overnight success– mocno uderza do głowy? I przede wszystkim: jak to się robi?

Na jednym z portali społecznościowych prowadzę profil zatytułowany Nieznany Kraków, na którym pokazuję swoje miasto nie z perspektywy turysty, ale osoby, która tam mieszka. To całkiem hobbistyczna działalność. No i właśnie tam, po raz pierwszy, pokazałem “Człowieka karmiącego łabędzie”. Wiedziałem, że zdjęcie jest dobre, ale nie mogłem przypuszczać, że wywoła takie zamieszanie. W momencie, kiedy wrzuciłem je na stronę, ludzie automatycznie zaczęli je udostępniać na swoich profilach, czyli posyłać dalej w świat. Chwilę później fotografię zamieścił amerykański portal Reddit i wtedy rozpętało się istne szaleństwo. Zaczęły napływać maile. Rozdzwoniły się telefony. Redakcje z różnych stron świata prosiły o publikacje. To było niesamowite, przez moment naprawdę trudne do ogarnięcia. Przez długi czas nie mogłem oswoić się z tą myślą. Chyba nadal do końca to do mnie nie dociera. Świadomość, że jedno zdjęcie może podobać się tak wielu, i tak różnym ludziom. Często się mówi, że by zaistnieć, trzeba mieć znajomości, układy. A jak się okazało na moim przykładzie, niekoniecznie. Można pokazać coś w internecie, w tej największej z galerii, i to może się obronić. A sodówka? Nie mi to oceniać, ale nie czuję, by uderzyła mi do głowy.

A_Man_Feeding_Swans_in_the_Snow

A Man Feeding Swans in the Snow

To słynne, czarno-białe zdjęcie zrobiłeś dwieście metrów od domu. Jak się okazuje, po dobrą fotografię nie trzeba daleko jeździć. Ale nie był to przypadek. Wracałeś w to miejsce wielokrotnie, więc można powiedzieć, że wychodziłeś, wyczekałeś sobie ten fascynujący kadr?

Zrobiłem to zdjęcie spacerując nad Wisłą. W miejscu, przez które codziennie przechodzą tysiące osób. Już wcześniej zauważyłem ośnieżoną przestrzeń oddzieloną od ciemnej wody idealną linią brzegową. Czerń i biel przywiodła na myśl chiński symbol Yin-Yang, przeciwstawnych lecz uzupełniających się sił. Ale pomyślałem, że jeśli sfotografuję tylko te dwa kwadraty, to będzie czegoś brakowało. Czekałem więc na rozwój wypadków. Mając nadzieję, że coś się zdarzy. Kiedy zobaczyłem tę scenę, od razu poczułem, że to coś wyjątkowego. Zrobiłem cztery ujęcia. Nie miałem wątpliwości, które wybrać. Tylko na jednym z nich łabędź wzbijał się do góry. Zachwyciło mnie piękno tego, skomponowanego przez naturę, kadru. Jest prosty, mocny, a uniwersalna symbolika przemawia do ludzi z najróżniejszych kultur. Wcześniej jeździłem do Indii, Kambodży, Wietnamu, a okazało się, że najlepszą jak dotąd fotografię, udało mi się zrobić pod domem. Oczywiście warto podróżować szukając nowych inspiracji. Ma się wtedy świeże spojrzenie. Dostrzega coś, czego tubylcy już nie widzą. Co jest dla nich zwyczajne. Ale z drugiej strony nieprawdą jest to, co się czasem słyszy, że dobry fotograf musi mieć pieniądze na podróże. Można pokazywać swoje małe miasteczko, wieś, osiedle,  i właśnie to, dla odbiorców z innych krajów, będzie równie egzotyczne i interesujące, jak dla nas np. Azja czy Afryka. Sztuka fotografii ma wiele nurtów. Ale, jak ktoś kiedyś powiedział, dzieli się tylko na dobrą i złą.

“Łabędzie” doczekały się wielu komentarzy i interpretacji. Które najbardziej Cię zdziwiły, ucieszyły ?

Dominowały komentarze pozytywne. Ludzie najczęściej odnosili się do podziału na jasną i ciemną stronę życia. Ktoś napisał, że jest w bardzo trudnym momencie i że ma nadzieję, że zła passa- czyli czarne odmęty wody- niebawem się skończy i wyjdzie na ten metaforyczny brzeg, przejdzie na białą, optymistyczną stronę. Osiągnie równowagę. Inna pani, zdaje się, że z Australii, po obejrzeniu zdjęcia zatęskniła za krajem. Wyjechała z Polski w latach osiemdziesiątych, i choć pamięta szarą, smutną, PRL-owską ojczyznę, to – jak przyznała- ta fotografia obudziła w niej nostalgię i myśl o powrocie do Polski. Tych poruszających odniesień i osobistych refleksji było bardzo, bardzo wiele. Oczywiście, nie zabrakło też pojedynczych głosów „znawców fotografii”, że scena była ustawiana, a zdjęcie jest fotomontażem. Na szczęście te głosy były odosobnione i niesłuszne, gdyż scena jest w pełni naturalna.

 Czyli rozumiem, że postać ze zdjęcia nie została zidentyfikowana?

Nie, choć  wiele osób, zarówno kobiet jak i mężczyzn sugerowało, że prawdopodobnie są na tym zdjęciu. Ale weryfikacja jest właściwie niemożliwa. Zresztą, tak jest chyba lepiej. Że może to być każdy. Dzięki temu, wydaje mi się, obraz jest bardziej uniwersalny. Najważniejszą i największą dla mnie nagrodą jest świadomość, że “Łabędziom” udało się wzruszyć, obudzić wyobraźnię i emocje tak wielu ludzi na całym świecie.

Do Nowego Jorku przyjechałeś jako laureat The Chelsea International Fine Art Competition. Twoje prace zostaną pokazane w manhattańskiej Agora Gallery. Jak przywitała Cię stolica świata?

Nowy Jork to największe miasto, w jakim byłem. Na pewno robi wrażenie. Podoba mi się amerykańska otwartość, to że np. ludzie w windzie szukają kontaktu, rozmawiają, uśmiechają się. Przyjeżdżając tutaj nie czujesz się obco. Spotykasz na ulicy Rosjanina, Pakistańczyka, Japończyka i ten kulturowy mix sprawia, że z łatwością się adaptujesz. Wszyscy są skądś. I wszyscy są u siebie. Wystawa w Chelsea jest organizowana co roku. Zgłosiłem swoje zdjęcia na konkurs. Najbardziej spodobała się fotografia „Liberation”, która została nagrodzona i dlatego zarówno ona, jak też kilka innych moich prac mogę zaprezentować na wystawie  w Agora Gallery. Oprócz mnie, będą wystawione prace jeszcze tylko jednego fotografa oraz rzeźby i obrazy innych artystów. Cieszę się, że mogę pokazać swoje zdjęcia w takich miejscach. Ale próbuję nie zachłystywać się sukcesami, tylko skupiać na tym, co dalej. Chciałbym wykorzystać dobrą passę ale przede wszystkim cały czas się rozwijać. Jestem również bardzo wdzięczny Januszowi Skowronowi, który zaproponował zaprezentowanie  mojej serii „Symbole” w brooklyńskiej kawiarni Starbucks. Fajnie było zobaczyć je w innej przestrzeni, bliżej ludzi. Do galerii zwykle chodzą pasjonaci, znawcy. A dzięki takim inicjatywom moje zdjęcia mogą trafić do przypadkowego odbiorcy i -być może- poruszyć go, zatrzymać. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Liberation

Liberation

Co w fotografii jest dla Ciebie najistotniejsze? Forma, przekaz. Czy masz swojego mistrza?

Dla mnie najważniejsza w fotografii jest treść. Hołduję zasadzie „minimum formy, maksimum treści”. Wszystkie moje fotografie umieszczam w tej formule. Nawet, jeśli zdjęcie nie zostało dobrze wykonane, a niesie przesłanie, to- uważam- ma siłę i znaczenie. Cały czas szukam siebie w fotografii. Zaczynałem od portretów, jednak przełom nastąpił jakieś osiem, dziewięć lat temu. Pojechałem do Indii, gdzie w miejscowości Waranasi, zrobiłem zdjęcie medytującemu sadhu. To słowo oznacza mędrca, ascetę, osobę uświęconą, która odrzuca dobra materialne na rzecz duchowego rozwoju. Człowiek ten siedział na schodach pomalowanych w szerokie, biało-czerwone pasy. Z daleka wyglądały, jak amerykańska flaga. I właśnie to zestawienie skojarzeń: Ameryka, dobrobyt, komercja, pogoń za sukcesem, kult pieniądza. I medytujący człowiek, symbol wewnętrznej harmonii, wyciszenia – uruchomiły moją wyobraźnię. Powstał obraz pełen symboliki. Duch kontra materia. Mieć czy być. Wschód -zachód. Poczułem, że właśnie takie zdjęcia chcę robić, takie tematy poruszać. Oczywiście, można pokazywać świat 1:1, ale można też zmuszać do refleksji, zastanowienia. Jeśli zaś chodzi o fotograficznych guru, trudno mi będzie wskazać jedną osobę. Lubię też prace zupełnie inne, niż moje. Chciałbym w przyszłości kupować zdjęcia moich kolegów po fachu i stworzyć kolekcję zdjęć ulubionych autorów. Dawniej duże wrażenie robił na mnie Anton Corbijn, który fotografował gwiazdy rocka: Joy Division, Depeche Mode, Toma Waitsa. To była moja muzyka, więc te zdjęcia na pewno zapadły mi w pamięć. Kupuję albumy, oglądam prace największych, ale głównie po to, by zobaczyć, co już zostało zrobione. Żeby nie powielać pomysłów, nie iść utartą ścieżką.

The_United_States_of_India

The United States of India

Hiroshima_-_Phoenix_rising_from_the_ashes

Hiroshima – Phoenix rising from the ashes

Ale czy w fotografii- i w sztuce w ogóle- można być  jeszcze oryginalnym?

Myślę, że tak. Potwierdzeniem są chociażby te moje „łabędzie”, które zaskoczyły ludzi prostotą formy i zarazem otworzyły, uruchomiły ich wyobraźnię. Fotografia minimalistyczna to pewnego rodzaju nisza. Mało jest takich fotografów, więc myślę, że w tej przestrzeni będę mógł znaleźć dla siebie miejsce. Chyba w każdej epoce, w każdym momencie, zadawano sobie pytania- czy jeszcze coś da się zrobić. Myślę, że się da. Że to niekończący się proces. Zapytałaś wcześniej, czy fotografia może zmienić świat. Myślę, że ma taką moc. Jeśli wpływa na naszą wrażliwość, zmusza do refleksji, to również, w jakimś niewielkim stopniu, nas zmienia i kształtuje. Nas… czyli też świat.

Kurier Plus, Nowy Jork 2014