Grzegorz Sawa-Borysławski, urodzony 1983. Polski fotograf, muzyk, grafik, który rozpoczął fotografowanie w połowie lat 1990-tych.

Absolwent Akademii Sztuk Pięknych na wydziale Fotografii, studiował również na ASP w Poznaniu. Od 2005 roku koncentruje się na fotografii otworkowej. Sam buduje większość swoich aparatów.

Fototekstura: Od kiedy zajmuje się Pan fotografią i co sprawiło, że fotografia stała się jedną z pańskich pasji?

Grzegorz Sawa-Borysławski: Fotografia zawsze była obecna w rodzinie. Dziadek miał ciemnię, tata miał ciemnię. W późnej podstawówce dostałem swój pierwszy aparat, Zenita XP z „Heliosem”, którym próbowałem fotografować Wrocław.

Później technika cyfrowa poszła do przodu, kupiłem swoją pierwszą cyfrówkę, fotografowałem koncerty, liznąłem też trochę fotografii reklamowej, ale dopiero na studiach (Akademia Sztuk Pięknych we Wrocławiu, kierunek Fotografia i Multimedia) zderzyłem się tak na prawdę z ludźmi, którzy poznali mnie bliżej z ciemnią i w ogóle z powrotem do analogu.

Sprzedałem cyfrówkę, zacząłem budować własne aparaty, pojawiły się pierwsze cykle i wystawy. Tak to w skrócie wyglądało. W tym czasie kolekcjonowałem też sprzęty z początku XIX w. tzw. „box camera” – do tej pory mam ich trochę. Niektóre z nich ojciec zabierał na wyprawy w góry, tak, stuletnie aparaty. I nadal dobrze sobie radzą.

Fototekstura: Co najbardziej ceni sobie Pan w fotografii?

Grzegorz Sawa-Borysławski: To chyba ta różnorodność i to, że po 150 latach od jej wynalezienia wciąż poznaję ludzi, którzy mają coś do powiedzenia w tym temacie, wciąż zaskakują czymś nowym, jakąś inną estetyką, okiem i sposobem patrzenia na świat.

Fototekstura: Skąd wziął się pomysł o tworzeniu własnych aparatów? Dlaczego wybrał Pan fotografię otworkową?

Grzegorz Sawa-Borysławski: Na studiach poznałem ludzi, którzy zarazili mnie camerą obscurą. To była niesamowita sprawa. Samemu tworzy się aparat, do końca niewiadomo jaki będzie efekt, ale mimo tego współczynnika, że tak powiem, ryzyka – tak na prawdę ma się kontrolę nad wszystkim – ogniskową, ostrością, winietowaniem.

Zbudowałem kilkadziesiąt różnych kamer otworkowych, od malutkich wielkości pudełka od zapałek do tych na negatyw 8×10 cala, w puszkach po piwie, nakrętkach po napojach, pudełkach po butach. Sklejałem też wcześniej zaprojektowane drewniane konstrukcje do np. aparatów anamorficznych. To niezła zabawa, jak światło przechodzące przez małą dziurkę może zrobić nam zdjęcie.

Dla mnie to sporo ciekawsze niż cyfrowa fotografia, ale też kompletnie inna technika i każdy ma swoją rację. Od pięciu czy sześciu lat nie mam swojej cyfrówki, no chyba, że liczyć tą w telefonie, która wbrew pozorom przydaje się!

Fototekstura: Fotografia otworkowa była z Panem od zawsze czy próbował Pan swoich sił również w innych technikach?

Grzegorz Sawa-Borysławski: Zbudowałem sobie ciemnię, jeszcze w czasach studiów. Pracowałem trochę z klasycznym analogiem, mało i średnioformatowym, który w sumie towarzyszył mi od zawsze.

Dalej wybieram małą klatkę jak wyjeżdżam rekreacyjnie, ale wiele moich negatywów sprzed lat do tej pory leży niewywołanych. Jeżeli chodzi o techniki pozytywowe, klasyczne, próbowałem wielu: van dyke, cyjanotypia, papier solny/talbotypia, guma chromianowa, gumolej itp.

Cały czas mnie to kręci, w tej chwili próbuję ugryźć trochę piktorializmu stosując transfer olejowy. Technika piękna, ale gruboziarnista, nadająca zdjęciom polot drzeworytu skrzyżowanego z pracą ołówkiem.

Fototekstura: Czy ma Pan jakąś fotografię, może cykl, które są szczególnie ważne? Czy ważniejszy jest sam proces ich tworzenia, czas, być może jakieś przygody, które zdarzyły się po drodze tworzenia, któregoś z cykli?

Grzegorz Sawa-Borysławski: Jeden z cykli, który wystawiałem kilka lat temu to „Paryż-Wrocław”, w którym seria wrocławska została utrwalona talbotypią na bazie wody z wrocławskiej Odry. Każda odbitka wyszła niepowtarzalnie i nieprzewidywalnie, ponieważ nie jest to idealnie czysty nośnik chemii użytej w tej technice. Ale to właśnie było piękne.

Wrocław utrwalony na (brudnej) wodzie z Wrocławia. Jest kilka zdjęć, które lubię szczególnie, nawet po 10 latach, jak fotografie z Paryża. Powiększałem je nawet do rozmiarów 3×2 metry. Kosmicznie dobrze to wyszło. W czarnobylskiej strefie zamkniętej zdarzyła się historia na jednym z mostów, pierwszego dnia pobytu, gdzie aparat spadł mi ze statywu i wręcz zawisł na jego krawędzi.

Było blisko, pękł w połowie, skleiłem go czarną taśma i robiłem zdjęcia dalej nie wiedząc czy jest w 100% szczelny. Okazało się, że jest okej, ale z emocji zapomniałem przewinąć klatki i dwa zdjęcia nałożyły się na siebie.

Fototekstura: Co zainspirowało Pana do stworzenia serii zdjęć w Czarnobylu? Mówię tutaj o projekcie, bo tak chyba mogę nazwać serię zdjęć pt.” Ghots of Chernobyl”.

Grzegorz Sawa-Borysławski: Od zawsze chciałem pojechać do Czarnobyla. Udało się dopiero 2014 roku – od tego czasu byłem tam już 3 razy, za każdym razem powstawał nowy cykl i część całości pt. „Ghosts of Chernobyl: Miasto duchów”.

Wszystkie trzy („Ghosts of Chernobyl”, „thirty/trzydzieści”, „1986-2016”) zostały już wystawione, ostatnia premierę miała w lutym b.r. Klimat opuszczonego miasta potęguje technika otworkowa – długie czasy naświetleń, nieostrości i zniekształcenia.

Dwie z trzech serii zrobione zostały na materiałach natychmiastowych Polaroid. Wystawy, które teraz planuję, oprócz polskich miast to Nowy Jork oraz Reyjkjavik. Planuje też czwarty wyjazd, tym razem zimą. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Fototekstura: Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.
Grzegorz Sawa-Borysławski: Dziękuję również.

www.boryslawski.net
www.ghostsofchernobyl.com
www.facebook.com/marlboropinhole