16 kwietnia mieliśmy przyjemność uczestniczenia w warsztatach fotografii otworkowej poprowadzonych przez Jędrzeja Paszaka na Wydziale Architektury Politechniki Poznańskiej. W ciągu kilku godzin poznaliśmy tajniki budowy aparatu camera obscura, zwanego potocznie otworkowcem, a własnoręcznie zmontowane aparaty natychmiast wykorzystaliśmy w plenerze. Zdobyliśmy też cenną wiedzę na temat wywoływania i dalszej obróbki negatywów i przekonaliśmy się, jak niewiele potrzeba technologii, by powstała rewelacyjna fotografia.

mp-inspiracja-02

Michał Pęczak: Jak wyglądały początki Twojej pasji fotografowania? Zaczynałeś od otworków czy odkryłeś je dopiero później?

Jędrzej Paszak: Zawsze z uśmiechem powtarzam, że do robienia zdjęć ciągnęło mnie od dziecka, gdy jako parolatek podbierałem ojcu Prakticę L2 i bawiłem się w fotografa. Będąc już na studiach, postanowiłem kupić aparat (Zenit TTL) i uruchomić prowizoryczną ciemnię, która mieściła się w moim pokoju. Można więc powiedzieć, że mieszkałem w ciemni, co poniekąd było bardzo wygodne i zachęcało do ciągłej pracy. Z fotografią otworkową zetknąłem się parę lat później – kolega przeprowadzał podobne warsztaty, na które wybrałem się z czystej ciekawości. Początkowo widziałem w tym zwykłą zabawę, później zacząłem szukać tematów, które uzasadniałyby tę formę.

MP: W takim razie jakie tematy najlepiej się tu sprawdzają i co najchętniej fotografujesz puszkami oraz kubkami?

JP: Myślę, że wskazanie konkretnych tematów byłoby trudne. Forma to jedynie narzędzie, które warunkuje to, jak chcemy o czymś opowiedzieć. Fotografii otworkowej używam zazwyczaj wtedy, gdy chcę pokazać coś w krzywym zwierciadle. To trochę tak, jak w wizyta w gabinecie luster podczas wycieczki do wesołego miasteczka. Przykładem może być chociażby staroświecki telefon, który przerobiłem na aparat. Zdjęcia, które robię za jego pomocą mają parodiować współczesne trendy „fotografii komórkowej”. Popularne pinhole (ze względu na długie czasy naświetlania) są również świetne do pokazywania upływu czasu, choć akurat w tym przypadku, wolę posługiwać się NRDowskimi materiałami Orwocolor ze względu na ich specyficzną kolorystykę.

MP: Co jest Twoim zdaniem tak fascynującego czy też niezwykłego w fotografii otworkowej, że poszedłeś w tę stronę?

JP: Do fotografii otworkowej przyciągnęły mnie wszystkie niedoskonałości, które wiążą się z tą techniką. Jako programowy antyesteta, formalny wywrotowiec i miłośnik różnorakich eksperymentów stwierdziłem, że można twórczo wykorzystać wszelkie zniekształcenia obrazu, jakie można uzyskać przy pomocy aparatu otworkowego.

MP: Czy możesz wskazać swojego ulubionego fotografa: kogoś, kto jest dla Ciebie autorytetem w tej dziedzinie?

JP: Paradoksalnie, największy wpływ na moją twórczość miał nieżyjący już Julian Antoniszczak, twórca filmów animowanych. Oprócz dzieł, czy osobowości Antoniszczaka, imponowało mi jego podejście do twórczości – szczególnie jeżeli chodzi o budowę własnych narzędzi do pracy. Chyba to właśnie dzięki niemu zbudowałem sobie jakiś czas temu powiększalnik wielkoformatowy. Fotografów cenię sobie wielu, a autorytetem będzie każdy, kto przemówi do mnie za pośrednictwem swoich obrazów.

mp-inspiracja-01

MP: Jaka jest Twoim zdaniem granica między naśladownictwem a inspiracją?

JP: Granice mają to do siebie, że bywają cienkie. Myślę, że naśladownictwo to pewnego rodzaju kalka czyjejś twórczości, gdzie nie ma własnej refleksji, a autor nie wnosi niczego do pierwowzoru. Upraszczając, można przyjąć, że naśladownictwo ma charakter odtwórczy, a inspiracja z pewną dawką innowacji – twórczy. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że w „fotografii wszystko wszystko już było”, a robiąc zdjęcia, mniej lub bardziej kimś się inspirujemy lub go naśladujemy. To nieuniknione. Dla moich zdjęć największą inspiracją jest muzyka – przede wszystkim polski punk-rock i tzw. zimna fala.

MP: W jaki sposób ta muzyka wpływa na Twoje fotografie? Zapewne nie chodzi tu o fotografowanie instrumentów i muzyków, a o coś mniej dosłownego.

JP: Można powiedzieć, że muzyka ukształtowała moją osobowość. Jako 15-latek zachłysnąłem się punk-rockiem, w którym poza odlotowym brzmieniem znalazłem również wartościowy przekaz. Był taki czas, że nosiłem nawet irokeza, choć ważniejsza była postawa i sposób postrzegania świata, z którym po dziś dzień nie jestem do końca pogodzony. Na swoim blogu często umieszczam różne utwory w ramach komentarzy do zdjęć – wystarczy posłuchać.

MP: Czym dla Ciebie jest fotografia artystyczna; jak możemy ją zdefiniować? Kiedy możemy powiedzieć, że zdjęcie jest dziełem sztuki?

JP: Przyznam szczerze, że staram się już nie bawić w przyklejanie etykietek „sztuka”, czy „artysta”. Nie mnie to wszystko oceniać, zostawmy to teoretykom. Wolę działać, czyli robić swoje, zgodnie ze swoim punktem widzenia. Jeżeli ktoś uzna mój język i postrzeganie świata za zwykły, fotografomański kicz – to jego sprawa, ma do tego pełne prawo. Jak ktoś zobaczy w tym dzieło sztuki – też będzie fajnie. Nie fotografuję po to, by zostać uznanym za artystę. Fotografuję, bo czuję taką potrzebę i sprawia mi to przyjemność.

MP: Czy wierne odtwarzanie rzeczywistości na zdjęciu może być sztuką?

JP: Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nie wierzę w pojęcie „odtwarzania rzeczywistości”. Nawet w przypadku „czystego i podręcznikowego” dokumentu, ostateczny obraz nie będzie pozbawiony pewnych manipulacji. Nie mówię tu o przekłamaniach wynikających z niedoskonałości nawet najbardziej profesjonalnych aparatów. Sam wybór kadru jest już przecież pewnym zabiegiem. Co pokazać? Co usunąć? Co podkreślić? Subiektywne (nawet nieświadome) wycięcie skrawka rzeczywistości z całego jej kontekstu przekreśla już jej pełen obiektywizm. Rzeczywistość jest dla mnie nieuchwytna. To co widzimy na zdjęciach, jest dla mnie jej karykaturą – mniej lub bardziej wierną. Zdjęcia dokumentalne to takie same półprawdy jak wieczorne wiadomości na którymkolwiek kanale.

MP: Dzięki za rozmowę!

Michał Pęczak,
Sekcja foto Koła Naukowego EduArt,
1.05.2016