Z rezerwatem leśnym jest trochę tak jak z opuszczonym, zarastającym polem, zapomnianym, starym cmentarzem lub dziką, nieuregulowaną rzeką. Taka przestrzeń, której człowiek nie próbuje ukształtować po swojemu i nie próbuje „poprawiać” jest jak jakiś wyalienowany organizm. Dostrzegam jeszcze dalszą analogię – do opuszczonych mieszkań starych ludzi, wypełnionych setkami nowszych i starszych, może niepotrzebnych już nikomu przedmiotów, tworzących coś na podobieństwo wielu martwych stojących i leżących, upadłych na ziemię drzew. W takich miejscach mogę fotografować godzinami.

Pierwszy dzień nowego 2014 roku. Budzę się jeszcze w ciemnościach, pakuję plecak, a po pewnym czasie wyruszam autobusem spod kombinatu w Nowej Hucie do miejscowości Chobot. Celem mojej podróży jest rezerwat „Lipówka” w Puszczy Niepołomickiej. Wysiadam na końcowym przystanku w okolicach leśniczówki. W Chobocie nie ma słońca, ale wstał już dzień i robi się coraz jaśniej. Jeszcze przed rozpoczęciem fotografowania i wejściem do rezerwatu spotykam przejeżdżającego samochodem leśniczego. Rozmawiamy krótko. Wspomina chyba coś o polowaniu. Informuję, w jakim celu tutaj się znalazłem. Wkrótce znów zostaję sam.

lipowka2_michalcewicz

Nie jestem tu przypadkowo. Przyjechałem fotografować w ramach wykonywanego przeze mnie od pewnego czasu projektu pt. „Rezerwat”. Powstaje on w Polsce, w wybranych parkach narodowych i rezerwatach przyrody. W tym roku kalendarzowym pewien etap w jego realizacji podsumuje wystawa w Krakowie. Wykonywanie tych zdjęć to dla mnie wyjątkowy czas. Mam możliwość znalezienia się pośród takiej przyrody, którą w wielu innych miejscach trudno jest już odnaleźć. „Lipówka” jest właśnie jednym z takich miejsc. Główną inspiracją pracy nad „Rezerwatem” jest przede wszystkim to, że są jeszcze takie obszary, gdzie dzika przyroda w małym stopniu podlega działalności człowieka. Uważam, że w materii, która nie jest częścią celowo zaprojektowanego i „uporządkowanego” świata jest coś bardzo fascynującego i z różnych przyczyn wartego fotografowania.

lipowka3_michalcewicz

Zdjęcia robię wykorzystując takie aparaty jak: Kiev 60 TTL i Yashica – Mat. Materiał powstaje więc w sposób tradycyjny, w tym wypadku na czarno-białych średnioformatowych negatywach. Nie wyobrażam sobie pracować inaczej, choć można to przecież robić z wykorzystaniem aparatu cyfrowego, pewnie z bardzo dobrym efektem i co też nie jest bez znaczenia – znacznie taniej. Ja jednak bardzo chcę wkładać rękami film do aparatu, przesuwać go klatka po klatce, słyszeć charakterystyczny odgłos migawki, a później wyciągnąć negatyw z zapisaną „treścią”. Nie czułbym się dobrze gdybym „pstrykał” tu do woli, choćby z użyciem najlepszego sprzętu cyfrowego, a potem spędzał czas przy komputerze przy wybieraniu i obróbce najlepszych zdjęć spośród tysięcy plików. To nie byłaby dla mnie już ta sama fotografia i ten sam projekt. Tak więc tego wyboru już dokonałem. Postanowiłem też, że fotografie nie będą barwne. Kolor być może utrudnił by mi pracę nad powstawaniem zdjęcia. W każdym razie nie jestem „gotowy” na jego użycie pracując nad „Rezerwatem”.

lipowka4_michalcewicz

W pierwszy dzień nowego roku mam ze sobą Kieva z obiektywem Flektogon 2,8/65 (Carl Zeiss Jena), a w aparacie włożony film Ilford Delta 100. Pomiar światła wykonuję drugim aparatem – małoobrazkową Yashicą. I z tym nieco „archaicznym sprzętem” kolejny raz próbuję zmierzyć się z fotografowaniem chronionego lasu w kwadratowym kadrze. Mimo, że to styczeń, brak jest śniegu. Słońce nie pokazuje się. Dzień jest ponury. Dostrzegam, że obraz wnętrza lasu podczas mojego pobytu nieco się zmienia, ale ogólne warunki fotografowania są cały czas podobne. Poruszam się powoli, nie spieszę się, starannie szukam odpowiednich kadrów. Z tego co pamiętam klatki naświetlam na dłuższych czasach i niższych wartościach przysłony. Fotografowanie idzie mi wolno – zanim licznik Kieva pokaże „dwunastkę”, minie sporo czasu. W tej pozbawionej bieli i zdawałoby się martwej, styczniowej scenerii rezerwatu słowo „fotografować”, brzmiące dla mnie kiedyś nieco banalnie, ma zupełnie inny wydźwięk.

Po skończeniu zdjęć wracam do Krakowa, do domu docieram wieczorem. Niecierpliwie oczekuję rezultatów. Już pierwszy oglądany skan wynagradza mi czas spędzony tamtego dnia w “Lipówce”. Potem oglądam resztę wywołanego i zeskanowanego negatywu. I tym razem efekty mojej pracy nie zawiodły moich oczekiwań.