W ciągu ostatnich 100 lat fotografia zdominowała wszelkie inne dziedziny sztuki stając się tworem masowym i ogólnodostępnym. W erze cyfrowej ostatni bastion ograniczeń – wiedza i cena – został pokonany. Dzięki teoretycznie bezkosztowym i całkowicie nieświadomym wykonywaniu zdjęć, każdy może spróbować tej niegdyś elitarnej profesji. Przy okazji posiadania telefonu, tabletu, komputera a być może już wkrótce pralki, lodówki czy korkociągu możemy uwieczniać otaczającą nas rzeczywistość. Z większym lub mniejszym poczuciem artyzmu i własnego samozadowolenia. Ogromny pokłon składam tym, którzy poświęcają swój czas i mózg by w czasach bylejakości, „fast i last”, z uporem powracać do najbardziej pierwotnego z typów fotografii – poprzedzonej myśleniem.

Nieustanny dźwięk migawki, będący tylko elektroniczną iluzją, towarzyszy nam bez względu na czas i miejsce. Na pogrzebie i w stołówce, w szpitalu i w toalecie wtykany jest nam pod nos najnowszy cud techniki. Hipermegamilionowopikselowy, ale koniecznie stylizowany na „zapomniany” model aparatu na L. Do tego cudownie niedoskonały, efekciarsko analogowy, precyzyjnie stworzony równiutki algorytm generujący „wady techniczne” i „skazy”. Udawany aparat z udawaną kliszą, na udawanym papierze udawana odbitka lub polaroid. Fotografowanie sięgnęło nizin najsmutniejszej rzeczywistości – utonęło w całkowitej ignorancji. Nie liczy się efekt, liczy się proces. Nikt nie ogląda zdjęć, jednak brak jakiejkolwiek formy fotoutrwalania wszystkiego, co znajduje się w polu widzenia jest zjawiskiem dziwnym i budzącym podejrzenia. Czasem aż chciałoby się uwiesić na szyi tabliczkę „dziękuję, nie focę…” (bo fotografować jest nie na czasie). W przypadku takiej niecodziennej deklaracji drogi są tylko dwie – stajemy się obiektem powszechnego obcykiwania lub przedłużeniem cudzego ego z nieustannym głosem w tle „ej, weź mnie cyknij”. A gdyby tak wyciągnąć dwa Colty, autentycznie antyczne (a nie stylizowane) i tak sobie cyknąć… Cóż, efekt byłby na pewno uwieczniony.

Rozkoszuję się towarzystwem osób, które aparat wyjmują jedynie w przypadkach uzasadnionych. Przygotowują plan, modela, szukają pleneru lub wnętrza. Mimo arsenału sprzętu, gotowego do natychmiastowego odpalenia, siadają i rozmawiają. Nie tylko o fotografii. Jednak fotograficzne rozmowy z tymi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia i dodatkowo potrafią słuchać, graniczą bardzo blisko z rodzajem rozkosznej perwersji. Rozkładanie na części pierwsze ujęć, scen, czy modelek bywa dalece bardziej twórcze i pouczające niż bezmózgie cykanie przygotowanej przez mistrza ceremonii sceny absolutnie doskonałej. Wyciąganie flaczek po flaczku błędów, przeoczeń, niedopracowań, rozdrapywanie śnieżnobiałych ran prześwietleń i absolutnej czerni w cieniach – rozkosz chirurgii fotograficznej, zupełnie obca użytkownikom (nie Twórcom). Wśród ludzi, dla których miano fotograf nie oznacza jedynie posiadania niezbędnego akcesorium spotykam wielkie talenty i pracusiów negujących swój talent, miłośników odbitek na barycie i fanatyków albumów cyfrowych, zwolenników i przeciwników, ortodoksów i liberałów. Cała gama i cały alfabet, który spaja cecha rzadka i piękna – spustu migawki najpierw naciskają w swojej głowie.

cover: Michelle Robinson / flickr / CC