Oto jest historia pewnej wiosny, wiosny, która była prawdziwsza, bardziej olśniewająca i jaskrawsza od innych wiosen, wiosny, która po prostu wzięła serio swój tekst dosłowny, ten manifest natchniony, pisany najjaśniejszą, świąteczną czerwienią laku pocztowego i kalendarza, czerwienią ołówka kolorowego i czerwienią entuzjazmu, amarantem szczęśliwych telegramów stamtąd…

Bruno Schulz „Wiosna”

Pierwszy raz zobaczyłem Drohobycz jesienią 2008 r., podczas realizacji zdjęć do filmu dokumentalnego p.t.: „Alfred Schreyer z Drohobycza”, w reż. M. Giżyckiego. Urzekło mnie to miasto i ludzie, więc wyjeżdżając zapragnąłem tam wrócić.

Udało mi się to w maju 2011r. Tym razem pojechałem na zaproszenie Pani Wiery Meniok, szefowej Centrum Polonistycznego przy Uniwersytecie Pedagogicznym w Drohobyczu. Dzięki niej mogłem poznać mieszkańców Drohobycza: serdecznych, ciepłych i otwartych, jak również wsiąknąć w to “półtora miasta” przesiąkniętego historią.
Nie pracowałem na niczyje zamówienie i mogłem dać sobie absolutną wolność.
Nie chciałem ilustrować prozy Brunona Schulza. To miała być raczej impresja na temat dzisiejszego Drohobycza.

Bezpośrednią inspiracją do powstania tego cyklu było opowiadanie p.t.: “Wiosna”. U Schulza czas i przestrzeń zapętlają się, mają swoje odnogi i nigdy nie można być pewnym, że wracając po własnych śladach dojdzie się do miejsca, z którego się wyruszyło. W Drohobyczu nić Ariadny zrywa się tuż za rogiem.

Chcąc opisać ten stan zachwiania przestrzeni i czasu, użyłem camery obscury. Dostałem taki aparat w prezencie. Ma on bardzo szeroki kąt widzenia, “nieskończoną głębię ostrości” i cudownie deformuje przestrzeń. Inne zalety: pracuje się na błonach ciętych 4×5 cali. Za każdym razem, po zrobieniu zdjęcia, aparat trzeba przeładować w ciemni, albo w worku ciemniowym. Spory jest koszt materiałów, laboratorium i ewentualnie powiększenia, albo skanowania i wydruku. To wszystko powoduje, że idąc na zdjęcia wiem, że nie zrobię w ciągu dnia więcej, niż kilka klatek. W Drohobyczu wiedziałem, że camery obscury użyję do fotografowania szerokich planów miasta.

Używałem też starych aparatów na negatyw 6×9: Zeiss Ikon i Fotokor z obiektywem Schneider. Wykorzystałem je przy fotografowaniu starego cmentarza, wnętrza kościoła i zrujnowanego placu zabaw z lat 70-tych XX w.

Drohobycz-12

Kolejne warstwy światłoczułe emulsji barwnej naświetlałem oddzielnie, używając najgęściejszych, jakie udało mi się zdobyć, filtrów: czerwonego, zielonego i niebieskiego. Filtry miały różną gęstość, co wyrównywałem długością i ilością ekspozycji. Między pierwszym, a ostatnim naciśnięciem migawki upływało od kilku do kilkudziesięciu minut. Końcowy efekt, to nałożenie na siebie na jednej klatce negatywu tych wielokrotnych, na różnych czasach robionych, osobnych ekspozycji trzech warstw światłoczułych. Obróbka cyfrowa ograniczyła się do skanowania negatywu i korekcji barwnej.

Moja metoda niewiele różni się od tej wymyślonej w drugiej połowie XIX w. W podobny sposób powstawały autochromy- pierwsze, jeszcze szklane przeźrocza barwne. W porównaniu do fotografów z przełomu XIX i XX w. miałem o tyle łatwiej, że u mnie wszystkie trzy warstwy są na jednym kawałku negatywu, a nie, jak u nich, na trzech osobnych.

Mieszczący się we wnętrzu dłoni aparat cyfrowy Lumix DMC-FX2 okazał się idealny do sfotografowania uroczystości Pierwszej Komunii. Trafiłem na nią właściwie przypadkiem i bez Lumixa nic bym nie zrobił. A bez Bianki w białej sukni nie ma “Wiosny” B. Schulza.