O tym, że warto wracać w jedno i to samo miejsce na zdjęcia, szczególnie krajobrazów chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Natura potrafi zaskoczyć, a każdy poranek czy wieczór może być inny. My też za każdym razem widzimy coś innego, nowego.

Niedawno opisałem Wam moją pierwszą wizytę w nowo odkrytym i przede wszystkim wyjątkowym, jak również mało popularnym fotograficznie miejscu u podnóża Śnieżnika, zaraz za czeską granicą w okolicach miasteczka Kraliky.

Widok na cztery strony świata. Wyniesione nad pola miejsce, ze wzgórzami, z którego w oddali dostrzec można góry, drogę i klasztor, położony na zachodzie, wysoko nad wzniesieniami miasteczka Kraliky.

Byłem tam wcześniej dwa razy. Za pierwszym podejściem nowe miejsce i euforia z zastanych dość dobrych warunków sprawiły, że fotografowałem nieco chaotycznie, żeby tylko wszystko „złapać”.

Głównie na wschód i południe. Wiodący na horyzoncie klasztor widziałem, ale pod nim w dolince są psujące cały nastrój zabudowania gospodarcze i trzeba naprawdę dobrych warunków, żeby zdobyć ciekawy kadr. Wtedy takich nie było, dlatego nie wybrałem ostatecznie do publikacji żadnych ze zrobionych zdjęć.

Drugi raz był zupełnie nieudany, słońce o wschodzie zasłoniły chmury, a kiedy jego promienie zaczęły wychodzić, były już za mocne. Do tego ponury poranek spotęgował uczucie straconej szansy. Łapałem pojedyncze wiązki światła padające do ziemi, ale bez dodającej kadrowi tajemniczości mgły czy chociaż ciekawych chmur, kadry nie porywały.

Canon 6 D, ogniskowa 70 mm, F 11, czas: 1/15, iso 100

Canon 6 D, ogniskowa 70 mm, F 11, czas: 1/15, iso 100

Jak to się mówi, do trzech razy sztuka i tak też się stało.

Nie od razu wszystko zadowalało, ponieważ widoczność była bardzo słaba, zaledwie na kilkanaście metrów. Był to koniec sierpnia, więc wschód rozpoczynał się koło godziny 5.50. Pojawiłem się 40 minut wcześniej. Rozstawiłem sprzęt na statywie. Nie odkrywałem dekli obiektywu, dlatego że w tamtej chwili na spokojnie zacząłem analizować okolicę i szkoda, by szkła pokryły się parą. Szukałem dobrych kadrów. Poranek był spokojny. W dolinie było sporo mgły, ale warunki ciągle się zmieniały. Wiedziałem, że przy odrobinie szczęścia może udać mi się zatrzymać niepowtarzalny obraz pięknej natury. Słońce wstawało w ten dzień całkiem niemrawo. W głowie miałem już kilka pomysłów na kadr, pomogły w tym znacznie wcześniejsze wyprawy. Skupiłem się w zasadzie na dwóch obiektywach. 20-35 mm, f – 3,5 na szeroko i 70-200, f-2,8 na resztę.

WIDEO z wyprawy

Wiedziałem, że klasztor na górze jest najbardziej atrakcyjny, jednak wcześniej brakowało mu otoczki, jakiejś metaforyczności i dobrego światła. W dodatku w oddali, przed nim i wokół było zbyt wiele szczegółów, które rozpraszały wzrok. Dlatego zawsze był duży niedosyt.

Doskonałe warunki pojawiły się za trzecim razem. Pół godziny od wschodu słońca. Zdecydowałem się na ogniskową 70 mm, bo najbardziej odpowiadała moim zamierzeniom. Przy szerokich ujęciach klasztor gubił się w masie otoczenia. Wieże były mocno zaakcentowane, a tło i drzewa układały się w sensowną całość.

Świeciło dokładnie na ściany zabytkowych zabudowań. W tle słońce zabarwiło też mgłę w dolinie. Stary klasztor powoli stał się wiodącym elementem kadru, a gęsta mgła i słońce dodały całej scenie sensu. Przy okazji zostały zakryte niedoskonałości okolicy i wyeksponowane wieże, wzgórze i drzewa gdzieniegdzie otulone mgłą. Zdecydowanie podczas tej wyprawy pomagał mi spokój, cierpliwość (nie wykonywałem nerwowych ruchów i wielu niepotrzebnych zdjęć) i znajomość fotograficzna okolicy. Dzięki temu skupiłem się na pojedynczych, precyzyjnych ujęciach.

Canon 6 D, ogniskowa 35 mm, F 11, czas: 1/13, iso 100

Canon 6 D, ogniskowa 35 mm, F 11, czas: 1/13, iso 100

Miałem już na zdjęciach ciekawą scenerię. Zadowalały mnie efekty pierwszych ujęć z klasztorem, dlatego chciałem też wyłowić z tej panoramy jakiś detal. Wprowadzić w zdjęciu jeszcze większy ład i odrobinę minimalizmu. Pokrętło na obiektywie powędrowało naturalnie na 200 mm. Ustawiłem dokładnie kadr i czekałem cierpliwie aż grupka drzew (na pozór mało atrakcyjna), sąsiadująca z krzakami, otoczona łąką, płotem i w dodatku przy drodze, będzie ciekawie wyeksponowana przez przetaczające się na wzniesieniu chmury. Było ważne nie tylko to, żeby mgła odkrywa wierzchołki młodych drzew ale i to, żeby zakryła niepotrzebne szczegóły. Wyczekiwanie i spokój znowu popłaciły, bo w końcu wszystko było jak chciałem i wyszło klarowne zdjęcie.

Canon 6 D, ogniskowa 200 mm, F 11, czas: 1/125, iso 250

Canon 6 D, ogniskowa 200 mm, F 11, czas: 1/125, iso 250

Na koniec, już przy dość mocnym świetle, skierowałem aparat na północ. Słońce miałem po prawej stronie, a gęsta mgła ustąpiła miejsca szybkim, zawieszonym w powietrzu masom przewalającym się przez wzgórze. Utworzyła się wyraźna granica między światem owianym mgłą i sielskim, kolorowym obrazkiem. Za oś posłużyła droga, która biegła wzdłuż wzgórza. Ujęcie zostało wykonane po 1,5 h od wschodu słońca.

Canon 6 D, ogniskowa 20 mm, F 16, czas: 1/80, iso 100

Canon 6 D, ogniskowa 20 mm, F 16, czas: 1/80, iso 100

Jeśli porównacie te dwie wyprawy fotograficzne, które kiedyś i dziś opisałem, to zauważycie, że zdjęcia mimo, że zrobione zostały w tym samym miejscu, to znacznie się różnią. To co kiedyś dawało satysfakcję, po kolejnej wizycie stało się trochę wyblakłe, dlatego nie zamierzam przestać, muszę tam jeszcze wrócić i zobaczyć to miejsce na nowo.